Aktualnoœci

PiS i PO na pewno będą się spierać o podatki oraz wydatki z budżetu państwa. - 2005-09-27
 
Rozmowy o gospodarce, między potencjalnymi koalicjantami w nowym rządzie mają rozpocząć się dopiero po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów, a zakończyć – za około dwa tygodnie. Ale już dziś wiadomo, że w kwestii podatków na przyszły rok gabinet Jarosława Kaczyńskiego (najprawdopodobniej premiera) nie będzie miał nam nic ciekawego do zaproponowania.

– Zmiany stawek podatkowych nowy rząd może wprowadzić dopiero od 1 stycznia 2007 roku – powiedział wczoraj Cezary Mech, kandydat PiS na ministra finansów. Te stawki poznamy zapewne dopiero na wiosnę 2006 r. Do tego czasu PO i PiS będą prowadzić burzliwe negocjacje.

Kwiatek do kożucha PiS chciałoby mieć dwie stawki podatku PIT – 18 i 32 proc. Tę wyższą płaciłyby osoby o dochodach powyżej 100 tys. zł. Do tego mielibyśmy do wyboru cały szereg ulg, łącznie z nową – na dziecko.

Podstawowa stawka VAT mogłaby być obniżona do 18 proc., ale o likwidacji tych obniżonych (3 i 7 proc.) nie ma mowy. PO upiera się przy swojej koncepcji 15-procentowego podatku liniowego (PIT, CIT i VAT, bez ulg).
– Nie ma powodu, byśmy dzień po wyborach zmienili nasz program – powiedział nam wczoraj Adam Szejnfeld z PO. – Co prawda dostaliśmy mniej głosów niż PiS, ale nie damy się sprowadzić do roli kwiatka do kożucha. Wierzymy, że uda się przekonać naszego partnera do zmiany sposobu myślenie o podatkach – podkreślał Szejnfeld.

– Nigdy nie zgodzimy się na podatek liniowy – odpowiedział na to Kazimierz Marcinkiewicz, poseł PiS.
Mniejszy deficyt i składki

Na razie nowy rząd skupi się więc prawdopodobnie na mniej drażliwych sprawach. Taką kwestią jest np. deficyt budżetowy w przyszłym roku. Z wczorajszych zapowiedzi wynika, że PiS chciałoby zmniejszyć deficyt o 2 mld zł do ok. 30 mld zł. Szczegółów, jak należy to uczynić – brak.

PO powinna przystać na tę propozycję. Wcześniej co prawda Jan Rokita mówił o deficycie na poziomie 20 mld zł, ale musiałoby to być ściśle powiązane z reformą podatkową. Mało sporną kwestią, i możliwą do realizacji już w przyszłym roku, wydaje się też propozycja obniżenia składki na ZUS osób rozpoczynających pracę.

Tutaj koalicjanci też różnią się w technicznych szczegółach, ale obu partiom zależy na jak najszybszym ograniczeniu bezrobocia. Priorytety bez problemu Jak wynika z wypowiedzi przedstawicieli partii i analizy ich programów wyborczych, nowy rząd nie będzie miał kłopotów z ustaleniem priorytetów.

Oprócz wspomnianej wcześniej walki z bezrobociem, będzie to zapewne pobudzenie przedsiębiorczości, naprawa finansów publicznych, a także lepsze wykorzystanie funduszy unijnych i szybka prywatyzacja. Te priorytety zostaną zapewne przedstawione w expose premiera. Ale już pomysły PiS i PO , jak osiągnąć te cele, są bardzo różne.

Reforma finansów publicznych w wydaniu PO to urealnienie wydatków państwa. Zdaniem polityków tej partii państwo wydaje dziś pieniądze nieefektywnie, pomoc państwa nie trafia do tych, którzy jej najbardziej potrzebują. Konieczne są więc radykalne zmiany. Z kolei w wydaniu PiS, naprawa finansów publicznych ma się odbyć przez zwiększenie dochodów budżetowych.

Jak? Skoro coraz więcej ludzi ma mieć pracę, coraz więcej osób będzie płacić podatki i składki. Jeśli mowa o oszczędnościach, to tylko tych dotyczących administracji państwowej. Euro nie za szybko PiS i PO nie mają też spójnych poglądów na euro, ale tu partie mogą się porozumieć.

– Na pewno do strefy euro nie wejdziemy przez następne 4 lata – zadeklarował wczoraj poseł Marcinkiewicz. O dziwo, PO nie oburzyła się na takie stwierdzenie. – To, kiedy przyjmiemy europejską walutę, jest sprawą drugorzędną. Najważniejsze jest zmniejszenie deficytu budżetowego, zadłużenia państwa i stóp procentowych. My tego chcemy, PiS też, więc nie widzę problemu – odpowiedział Adam Szejnfeld z PO. Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP

- Oprócz eksponowanej kwestii podatkowej, największe różnice programowe obu partii widać w konstrukcji wydatków socjalnych. PO jest skłonna do ich cięcia, PiS – nie. O kompromis będzie trudno, za to łatwo o konflikt. Jeśli bowiem chodzi o podatki, to w tym roku i tak żadne decyzje nie zostaną podjęte, a i pole manewru tak naprawdę jest niewielkie. Wiadomo przecież, że zbyt niskie podatki i zbyt dużo ulg, to znaczne obciążenie dla budżetu państwa.

PiS zdaje sobie z tego sprawę, podobnie jak PO, która wie, że nie ma szans na przeforsowanie swojego projektu 3 razy 15. Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE Banku - Na początek PiS i PO powinny ustalić, która partia będzie decydowała o dostarczaniu dochodów do budżetu państwa, a która o ich podziale.

Rola PO jest tu ogromna, ponieważ program PiS zakłada zbytnią ingerencję państwa w procesy gospodarcze. Nie da się ograniczyć bezrobocia przez – jak chce PiS – zwiększenie płacy minimalnej. To bzdura. Rynek pracy musi być bardziej elastyczny, a nie dodatkowo obciążany sztywnymi regulacjami. A jeśli chodzi o kwestie podatkowe, to w perspektywie roku nie będą one przedmiotem żadnych zmian, a brak czasu będzie wystarczającym usprawiedliwieniem dla rządzącej koalicji, by na razie zaniechać dyskusji na ten temat.

Andrzej Bratkowski, główny ekonomista Banku Pekao - Obie partie tylko szczątkowo informują o planowanych zmianach czy reformach. Brakuje za to konkretów i realizmu. Dużo naiwności widać zwłaszcza w propozycjach PiS dotyczących obniżenia podatków, przede wszystkim dla najbiedniejszej części społeczeństwa. Podatki trzeba obniżać ludziom bogatym, bo to oni tworzą nowe miejsca pracy. PiS mówi też, że z wejściem do strefy euro Polska nie musi się spieszyć. A co, jeśli inwestorzy zagraniczny zamiast w Polsce zaczną lokować swój kapitał w tych krajach Unii Europejskiej, które uznały ten cel za priorytetowy?

(źróło: Życie Warszawy 27/09/2005)

« Powrót

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.
Newsletter